Przejdź do treści
#inwestowanie#gielda

Nikomu o tym nie powiedziałam

30 września 2026 · 5 min czytania

Otwarta książka, z której unoszą się świecące wykresy giełdowe i strzałki

Dokładnie 6 lat temu, we wrześniu 2020 roku, wypuściłam na giełdę swoje pierwsze zlecenie kupna akcji. Czy pamiętam, jakiej spółki papiery kupiłam? Czy pamiętam, jakie emocje i myśli mi wtedy towarzyszyły? Jaką kwotę wysłałam wtedy na stracenie? Dzisiaj wydaje mi się, że powinnam pamiętać, a jednak dokładne wspomnienia zatarły się przez te wszystkie lata dokonywania transakcji. Wyraźnie pamiętam tylko jedno uczucie towarzyszące tamtej chwili, które zostało ze mną do dzisiaj – strach. Wyjaśnienie, dlaczego strach nie jest niczym złym, jest jednak tematem na osobny wpis.

Uważam, że są dwa typy ludzi. Ci, którzy swoje pomysły i plany realizują niemal natychmiast. Analizują i rozwiązują problemy dopiero w momencie, kiedy te się pojawiają. Na drugim biegunie są ci, którzy przed podjęciem działania dogłębnie analizują wszystkie za i przeciw. Tworzą listę możliwych scenariuszy i plan działania dla każdego z nich.

Skoro jestem analitykiem, to zapewne wiesz, którym typem jestem ja. Tak, zgadza się. Zanim zdecydowałam się kliknąć ten jeden przycisk wysyłający zlecenie kupna na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, minęły miesiące. I choć nie pamiętam dokładnie dnia ani okoliczności, w jakich pomysł inwestowania na giełdzie pojawił się w mojej głowie po raz pierwszy, to pamiętam dokładnie moment, w którym postanowiłam spróbować.

W kwietniu 2020 roku dostałam w prezencie na urodziny książkę o tematyce giełdowej. Lubię czytać książki, a że o giełdzie wspominałam już wcześniej, taki prezent wydawał się idealny. Szybko przeczytałam tę pozycję. Gdy skończyłam, miałam już przed oczami piękne obrazy porzucenia etatowej pracy i utrzymywania się z handlu na giełdzie. Przecież kto by nie chciał zarabiać kilkunastu tysięcy miesięcznie bez wychodzenia z domu?

Wyobraź sobie: wstajesz w tygodniu, o której chcesz, nie martwisz się, że nie zdążysz do pracy. Odpada stanie w korkach i wypełnianie poleceń szefa, w których nie zawsze widzisz sens. Zamiast tego wygodnie siadasz w swoim ulubionym fotelu z laptopem na kolanach i z kubkiem herbaty w ręce obserwujesz ruchy na wykresie.

Tutaj cały misterny plan legł w gruzach. Czego szukać na wykresach? Skąd będę wiedziała, kiedy kupić, a kiedy sprzedać? Jakich narzędzi do tego użyć? Każda odpowiedź na pytanie rodziła kolejne wątpliwości i pytania. Mój optymizm uratowała jedynie myśl, że na świecie są miliony inwestorów, a każdy z nich od czegoś zaczynał i doszedł do celu inną drogą.

Zaczęłam przekopywać Internet w poszukiwaniu informacji. Fora internetowe, polecane książki, strona Giełdy Papierów Wartościowych, kursy online. Im więcej szukałam, tym bardziej byłam zagubiona. Ostatecznie postanowiłam, że to książki będą mi drogowskazem. Kupiłam kolejną pozycję o giełdzie, ciekawa, dokąd mnie zaprowadzi. Potem była kolejna i następne. Dzisiaj mam w swojej kolekcji 43 książki związane z ekonomią, finansami i inwestowaniem. Większość z nich przeczytałam, a kilka czeka na swoją kolej. Nie piszę tego, żeby się chwalić, piszę to dlatego, że każda książka zaprowadziła mnie do następnej, a każda następna do miejsca, gdzie jestem dzisiaj.

Po drodze odnalazłam kursy online organizowane przez Giełdę Papierów Wartościowych, które uważam za potrzebne wprowadzenie do tematu, i Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych, które wykonuje tytaniczną pracę na rzecz promowania edukacji finansowej i szerzenia wiedzy na temat wspierania naszego rodzimego rynku kapitałowego. I choć niewielkie było moje pojęcie o inwestycjach, a samo określenie „inwestor” kojarzyło mi się raczej z facetem w drogim garniturze z teczką pieniędzy i kilkoma mieszkaniami na wynajem, zapisałam się do Stowarzyszenia.

To na ich stronie odnalazłam kolejne polecane książki, kursy tworzone przez praktyków rynkowych i pierwszą wzmiankę o konferencji WallStreet. To coroczne święto inwestorów indywidualnych organizowane w Karpaczu jest stałym i obowiązkowym punktem w moim kalendarzu.


Tygodnie przygotowań zamieniały się w miesiące, a ja nadal nie czułam się gotowa zaryzykować. Nie pomagało również bombardowanie informacjami ze wszystkich stron, przekazujące sprzeczny obraz. Z jednej strony przedstawienie inwestowania jako prostą czynność pozwalającą osiągnąć szybki zysk i treści opatrzone hasłami:

„Od zera do inwestora w jeden dzień”, „Giełda w 15 minut”

i inne magiczne zaklęcia dla inwestora. Z drugiej, negatywne opowieści osób, które na giełdzie straciły nie tylko swoje oszczędności, ale także zdrowie. Gdzie leżała prawda? Jak zwykle pośrodku. O tym jednak przekonałam się dużo później.

Aby nie wywierać presji na sobie samej i oszczędzić sobie dobrych rad, zdecydowałam, że nikomu nie powiem o tym, na co od miesięcy się przygotowywałam. Na pewno znasz w swoim otoczeniu osoby, które zawsze mają coś do powiedzenia na każdy temat i niekoniecznie chcesz zawsze tego słuchać. Chociaż odwlekałam w czasie ostateczną decyzję, to wiedziałam, że ten dzień nadejdzie. Nie wiedziałam tylko, po czym poznam, że przyszła odpowiednia pora.

Dlaczego tak się nad tym roztrząsałam? Przecież mogłam na początek zainwestować niewielką kwotę i liczyć na szczęście. W przypadku straty nie byłoby czego żałować. Powód był prostszy, niż mogłoby się wydawać. Nie chciałam się pomylić. Nikt nie lubi się mylić. Cierpi na tym nasze ego, poczucie wartości i pewność siebie. Tak już jesteśmy skonstruowani i nic na to nie poradzimy.

Odwlekanie decyzji w czasie coraz bardziej zaczęło mnie męczyć. Każdego przecież dnia mówiłam sobie, że jeszcze nie teraz. Od jakiegoś jednak czasu coraz częściej zaczęło mnie dręczyć pytanie: „więc kiedy?” Zdałam sobie sprawę, że odkładanie tego w nieskończoność prowadzi do powolnej utraty początkowego zapału, coraz większej frustracji i poczucia biegania jak w kołowrotku.

Otworzyłam więc laptopa i zalogowałam się do konta maklerskiego. Tabele w Excelu, które przez cały ten czas budowałam, wskazywały nazwy kilku pretendentów do pozyskania mojego skromnego kapitału. Miesiącami analizowałam wykresy i branże wszystkich spółek notowanych wtedy na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, a było ich około 400.

Wybrałam dwie spółki, zaalokowałam środki i na chwilę zamarłam. Potrzebowałam kolejnego impulsu, aby zaakceptować zlecenie kupna wyświetlane na ekranie. Ok, jeśli stracę środki, zakwalifikuję je jako cenę, którą muszę zapłacić za uzyskane doświadczenie. Takie wytłumaczenie mnie przekonało. Jeden ruch palcem i poszło. Pierwsza transakcja zakończona. Czy sukcesem? Po sześciu latach już wiem, że tak. Nadal mam te akcje w portfelu dlatego, że przynoszą zysk. Czy tylko dlatego?

Być może tkwi w nich również odrobina niepoprawnego giełdowego sentymentu.

Treści publikowane na tej stronie mają charakter wyłącznie edukacyjny i informacyjny. Nie stanowią rekomendacji inwestycyjnej, doradztwa inwestycyjnego, porady prawnej ani podatkowej w rozumieniu obowiązujących przepisów. Inwestowanie wiąże się z ryzykiem utraty części lub całości zainwestowanego kapitału. Wyniki historyczne nie stanowią gwarancji wyników przyszłych.